O kobietach pracujących. Czy dziś doktor Qinn byłaby doktorką Qinn?

O kobietach pracujących. Czy dziś doktor Qinn byłaby doktorką Qinn?

Jakiś czas temu udostępniłam na swoim Facebooku mem dotyczący tzw. narodowej kłótni o żeńskie nazwy zawodów. Ironicznie wskazywał on na brak zainteresowania tematem ze strony Rady Języka Polskiego, która woli skupić się na młodzieżowym słowie roku. Oczywiście to tylko żart, Rada Języka Polskiego przygląda się wszystkim zjawiskom, które zachodzą w języku, również żeńskim rzeczownikom osobowym.

Minęło trochę czasu i doczekaliśmy się stosownego oświadczenia, które według moich obserwacji budzi pewne kontrowersje wśród tej części użytkowników języka, która oczekuje od Rady jednoznacznej opinii. W stanowisku przyjętym na posiedzeniu plenarnym Rady 25 listopada 2019 r., możemy przeczytać przede wszystkim, że spór o końcówki żeńskie, który tak zaostrzył się w ostatnich miesiącach, ma podłoże społeczne, a nie językowe.

W związku z tym niezależnie do tego, po której stronie sporu się stoi, trudno pozostać wiarygodnym, odwołując się w dyskusjach z oponentami do kryteriów poprawnościowych.

Zawarte w dokumencie przykłady nie pozostawiają wątpliwości, że jeśli powiemy: Pilot samolotu bezkolizyjnie sprowadziła maszynę na ziemię, to nie popełnimy błędu, i jeśli powiemy: Pilotka samolotu bezkolizyjnie sprowadziła maszynę na ziemię, to też nie popełnimy błędu.

Częstym argumentem, który stosują przeciwnicy żeńskich końcówek jest ten, że przecież pilotka to czapka. Czapka nie siedzi za sterami! Jasne, że nie, ale w języku polskim występuje zjawisko homonimii, czyli, upraszczając, wieloznaczności słów. Ciekawe, że przeciwnicy końcówek żeńskich chętnie odwołują się pilotki (czapki) czy reżyserki (pomieszczenia), ale zupełnie nie przeszkadza im, że jeśli powiemy: ranny ptaszek, to nie wiadomo tak do końca, czy chodzi o kogoś, kto wstaje z kurami, czy o ptaka, który został zraniony.

Zarówno w przypadku pilotki, jak i rannego ptaszka, szerszy kontekst rozwieje wątpliwości.

W swoim stanowisku Rada podkreśla jednak, że od ponad stu lat w polszczyźnie funkcjonują również nazwy męskie, określające zawody i tytuły obu płci – jest więc pani doktor, pani minister, pani mecenas. W poprzednim dokumencie na ten temat, który opublikowano na stronie Rady w 2012 r., pojawia się wymowny komentarz, że zwolennicy końcówek żeńskich apelują, aby stosować je w przypadku tytułów i nazw zawodów, ale jakoś zapominają o nazwiskach. Ciekawe, że nie zależy im na konsekwencji, która nakazywałaby zrobić z Anny Nowak Annę Nowakę.

Co sobie myślę?

Przyznam, że ja również obserwuję cały ten gorący spór, i to od wielu lat. Nie zapomnę, jak kiedyś do studia stacji TVN24 przyszła prof. Magdalena Środa. Kiedy redaktor prowadzący rozmowę zwrócił uwagę na to, że nazwy zawodów z końcówkami żeńskimi czasem brzmią dziwnie i umniejszająco, prof. Środa odpowiedziała, że ma on sobie powtórzyć sto razy daną nazwę i już przestanie ona brzmieć dziwnie.

Prof. Środa jest osobą wykształconą. Nie odwołała się w swojej argumentacji do kryteriów poprawnościowych, bo wiedziała, że nie może tego zrobić. Powołała się więc na argument… Sama nie wiem, jak go nazwać. No po prostu kazała redaktorowi wbić sobie do głowy, że dane określenie jednak wcale nie jest dziwne.

To jest właśnie sedno całej dyskusji. Nie to, które formy są poprawne, lecz to, która idea bardziej komu odpowiada. Jednej stronie przyświeca taka, że żeńskie końcówki są potrzebne, drugiej, że są zbędne, a ich stosowanie jest czarowaniem rzeczywistości.

I tu właściwie można by zacząć nowy temat. Czy język odzwierciedla rzeczywistość, czy ją kreuje? Doskonale wyczuwamy różnicę między określeniem zakład fryzjerskisalon fryzjerski, między określeniem butiksklep odzieżowy. Słowami można w ogromnym stopniu wpływać na nastroje, doskonale wie to każdy marketingowiec i copywriter.

Sęk w tym, że aby słowo mogło zadziałać, to ten zakład fryzjerski musi mieć jednak coś z salonu. Można pewne rzeczy naciągnąć, ale nie oszukiwać klienta. Kiedy wejdzie on do środka, powinien poczuć się choć trochę jak w eleganckim salonie. W przeciwnym razie nazwa lokalu będzie brzmieć jak ironia. Żeby prezeska brzmiała dobrze, musimy widzieć wiele kobiet na stanowiskach prezesów wielkich firm. One muszą się tam zadomowić i musimy przestać patrzeć na nie, jak na wojowniczki, które wdarły się do męskiego świata.

Na to wszystko potrzeba czasu, a język na pewno odzwierciedli pojawiające się w świecie zmiany w sposób naturalny. O tym, że nie warto wprowadzać zmian językowych systemowo, przekonali się ostatnio Niemcy. Pozwolę sobie zacytować fragment bardzo ciekawego artykułu z tygodnika Polityka. Wyjaśnia on, dlaczego nie upraszczamy ortografii, ale podany akapit idealnie pasuje do dzisiejszego tematu:

Dyskusje nad uproszczeniem ortografii to oczywiście nie tylko polska specyfika. Z reformą na tym polu próbował się zmierzyć w 1998 r. niemiecki rząd. Jednak na forsowane przezeń zmiany (m.in. podział długich słów i zastąpienie litery ß przez ss) gwałtownie zareagowała tamtejsza prasa. Bunt rozpoczęli dziennikarze. Argumentowali, że zmian w języku nie można wprowadzać w sposób sztuczny, bo następują one naturalnie w czasie, a urzędnicze dekrety doprowadzą jedynie do chaosu. I rzeczywiście. Jak wykazały badania opinii publicznej, do dziś niespełna połowa Niemców opanowała uproszczone zasady, a ponad 2/3 z nich chciałoby przywrócenia starego systemu. Od reformy jednak rząd nie odszedł, a zmiany wdrażane są nadal.

Jak widzimy, wprowadzanie zmian tylko dlatego, że jakaś część społeczeństwa tego chce, zawsze będzie budziło opór tej drugiej części, która tego nie chce. Czy mowa o ortografii, czy feminatywach.

To używać, czy nie używać?

Używać i nie używać. 😉 Niech ci, co bardzo chcą, używają, ale nie suszą głowy tym, którzy nie są na to gotowi. I niech ci, który nie chcą używać, nie używają, ale nie suszą głowy tym, którzy są już na to gotowi. Nie poprawiajmy się nawzajem. Nie mówmy komuś, kto użyje określenia pani dyrektor, że do kobiety należy zwracać się, stosując formę żeńską. Nie mówimy też komuś, kto mówi o sobie doktorka, że robiąc to, niszczy powagę własnej profesji.

Czas pokaże, która wersja stanie się powszechna.