Była sobie litera. Wielka – jak słoń?

Była sobie litera. Wielka – jak słoń?

Od jakiegoś czasu, kiedy mam wolną chwilę, pochylam się nad często powtarzanymi legendami miejskimi i mitami. Właściwie to nie do końca ja się pochylam, zapoznaję się po prostu z efektami pracy mądrzejszych od siebie, głównie wspomnianego już kilka razy na moim fanpage’u Piotra Buckiego. Dowiaduję się jak to jest z tymi wzrokowcami, słuchowcami i kinestetykami, sprawdzam, czy naprawdę wizualizacja motywuje nasz mózg do znalezienia drogi do wybranego celu albo czy rzeczywiście wykorzystujemy tylko 10% naszego mózgu.
Zadziwiające, że żyjąc w prawie czterdziestomilionowym kraju, natrafiam na te same podania i legendy, które docierają do innych ludzi, choć przecież chyba nikt ich specjalnie nie reklamuje. Bez żadnych nakładów na marketing, ot tak sobie, mit przechodzi z ust do ust i świetnie się trzyma, mimo upływu lat. Piotr Bucki uważa, że to często zasługa naszego zamiłowania do prostych rozwiązań i zrozumiałych odpowiedzi, w które nie trzeba się zagłębiać.

Dziś zdałam sobie sprawę, że nie tylko w psychologii i naukach społecznych krążą popularne mity, ale w języku również. Postaram się namierzyć ich trochę więcej niż jeden, który przyszedł mi nagle do głowy i opisać je tutaj.
A skoro mam już ten pierwszy, to z radością go przytoczę. 🙂 Sprawa dotyczy wielkiejdużej litery. Wielu z Was zostało pewnie pouczonych, gdy mówiliście o rozpoczynaniu zdania dużą literą, że nie ma czegoś takiego, jak duża litera, jest tylko wielka. Wydaje się nam naturalne, że przeciwieństwem małego jest duży, więc jeśli ktoś pisze coś małą literą, to znaczy, że na początku zdania czy w sytuacji, kiedy używa nazwy własnej, powinien powiedzieć, że rozpoczyna wyraz dużą literą. Wtedy nasz interlokutor odgryza się, że nie, nie – duża to może być litera w szyldzie nad sklepem. To znaczy, że ma spore gabaryty, a jeśli mówimy o literze na początku zdania, to ona zawsze będzie wielka.

Nie ukrywam, że kiedy miałam piętnaście lat i w omawianej kwestii poprawiła mnie kuzynka – starsza ode mnie, już studentka – natychmiast wielką literę podchwyciłam i sama poprawiałam innych, w ogóle nie zadając sobie trudu, żeby sprawdzić co mówią słowniki. Pouczałam dzielnie i pamiętałam, żeby przy tym dodać, że nie wolno mówić ‘z wielkiej litery’, bo to rusycyzm.

Jakież było moje zdziwienie, gdy po latach dowiedziałam się, że zarówno dużą, jak i wielką literą jest poprawnie. Wtedy też odszukałam w pamięci kuzynkowy argument i wydał mi się on nieprzekonujący. Przecież skoro duża może być tylko litera w szyldzie sklepowym, to co z małą? Idąc tym tropem, mała powinna występować tylko na ulotkach dodawanych do leków i na dole stron umów, gdzie ukrywa się przed klientem istotne informacje. A co, gdybym natrafiła kiedyś na literę wielkości Pałacu Kultury? Mogłabym nazwać ją jedynie dużą, choć w moim mniemaniu jest wielka?

Duża, wielka – wszystko jedno. Możemy nazwać pierwszą literę zdania dużą albo wielką, chodzi tylko o to, żeby odróżnić ją od małej. Skąd ten mit, krążący jak wiral*, że niby może być tylko wielka? Nie mam pojęcia.

Mało tego, jeśli już marzy nam się, żeby obronić jedną z form, to lepiej byłoby zostać przy tej dużej literze, którą ktoś tak pragnął wyrugować. Profesor Jan Miodek zauważa, że określenie wielki jest nacechowane emocjonalnie. Gdyby chcieć zostać przy tej wielkiej literze, to może należałoby zacząć nazywać małą literę również wyrazem nacechowanym, np. malutką, tycią, drobniutką, żeby zachować konsekwencję?

Można śmiało pozostać przy dużej literze. Warto tylko pamiętać, żeby nie kalkować z języka rosyjskiego i używać określenia: dużą literą/od dużej litery, a nie: ‘z dużej litery’.
Nie żeby coś było nie tak z językiem rosyjskim, nic z tych rzeczy. Po prostu warto pożyczać z innych języków wtedy, kiedy brakuje polskiego ekwiwalentu, a w opisanym przypadku mamy przecież do wyboru aż dwa.

*tak, tak – wiral dodano do Słownika ortograficznego PWN i zapisujemy go przez w, nie v.