Czy można zostać obrażonym i… nie być obrażonym?

Czy można zostać obrażonym i… nie być obrażonym?

Co to znaczy kogoś obrazić?
Chyba wszyscy doskonale to rozumiemy, bo od czasu do czasu zdarza nam się być obrażonym lub obrazić kogoś. Niestety, czasem przeżycie jakiegoś doznania czy też bycie uczestnikiem jakichś wydarzeń nie oznacza, że umiemy je wyczerpująco opisać lub nazwać. Jeden z moich profesorów powiedział kiedyś na swoim wykładzie, że żołnierz w okopie uczestniczy w bitwie, ale zna tylko jej ułamek. Szczegółowe plany i strategię wojny znają dowódcy, którzy siedzą w namiotach.

Podobnie jest z miłością, nienawiścią i obrażaniem. Kochamy, ale nie znamy definicji miłości, nienawidzimy, ale często nie wiemy dlaczego. Czasem też obrażamy, ale okazuje się później, że osoba, w którą celujemy nie czuje się wcale obrażona. Czy w takiej sytuacji możemy z pełną odpowiedzialności powiedzieć, że ją obraziliśmy?

Główny bohater filmu „Oni”, Silvio, często powtarza, że jego nie można obrazić. Robi to w konkretnych sytuacjach – wtedy, kiedy ktoś mówi coś, co powinno go uderzyć. A co, gdyby Silvio był w drugim pokoju i w ogóle nie słyszał obraźliwych słów na swój temat? Czy obrażanie jest skuteczne tylko wtedy, kiedy obrażany słyszy, co o nim mówimy i te słowa wywołują w nim odpowiednią do okoliczności reakcję, czyli uczucie poniżenia?

Jeżeli tak, to obrażanie musielibyśmy włączyć do zbioru wypowiedzi performatywnych, czyli takich, które stwarzają realne skutki. Zagadnieniem performatywów zajmował się filozof John Austin. Zauważył on, że niektóre wypowiedzi mają moc sprawczą, jeśli spełnione są odpowiednie warunki, aby tak się stało. Podzielił je na czynności lokucyjne, illokucyjne i perlokucyjne. Czynności lokucyjne obejmują po prostu tworzenie zdań zgodnie systemem (poprawnych gramatycznie). Czynności illokucyjne polegają na tworzeniu zdań, które same w sobie mają pewną moc sprawczą, np.:

Ja ciebie chrzczę.
Pasuję cię na rycerza.
Biorę sobie ciebie za żonę.

W przypadku illokucji istotne jest spełnienie pewnych warunków. Nadawać imię może osoba do tego powołana, brać sobie kogoś za żonę też można w pewnych określonych okolicznościach, żeby to było ważne. Konwenanse społeczne i konteksty regulują te sprawy. Ważna jest też szczerość wypowiadanych słów, bo jeśli wyjdzie na jaw, że jej nie było i np. narzeczony stanął na ślubnym kobiercu, bo był naciskany przez rodziców, to mamy podstawy do stwierdzenia nieważności takiego małżeństwa.

Są jeszcze akty perlokucyjne. Podobne do illokucyjnych, bo też powodują zmiany rzeczywistości pozajęzykowej. Różnią się od illokucyjnych tym, że są mniej „magiczne” i abstrakcyjne. Mówimy o nich wtedy, kiedy nasza wypowiedź wywołuje reakcję u odbiorcy – emocjonalną lub związaną z pewnym działaniem, np.:

Wyjdź i nie wracaj.
Otwórz okno.
Proszę państwa o zapięcie pasów.

W przypadku perlokucji jesteśmy nastawieni na to, żeby ktoś coś zrobił albo jakoś się poczuł. W tym wypadku również jest tak, że żeby akt się urzeczywistnił, potrzebne jest spełnienie pewnych warunków. Druga osoba musi nas na przykład rozumieć, musimy mówić do niej w znanym jej języku. Muszą wystąpić też okoliczności, o których mowa. Jeśli będąc z koleżanką w kawiarni, powiem jej nagle, żeby zapięła pasy, to będzie pewnie zdziwiona. No, chyba że użyję tego określenia jako metafory: „zapnij pasy, bo jak ci powiem, co mi się przytrafiło, to spadniesz z krzesła”.

Obrażanie werbalne można zaliczyć do aktów perlokucyjnych, bo ono jest nastawione na konkretny efekt – chcemy, żeby ktoś źle się poczuł. Widzimy więc, że żeby kogoś skutecznie obrazić, odbiorca musi jednak wykazać się pewnymi predyspozycjami i muszą zajść odpowiednie warunki. Żeby ofiara obrażania mogła faktycznie się nią stać, to musi być obecna przy tym akcie.

Jeśli więc mówimy brzydko o polityku, który właśnie wygłasza jakieś oświadczenie, a my widzimy go w telewizji, raczej nie możemy powiedzieć, że go właśnie obraziliśmy. Wiemy przecież, że nas nie słyszy i nie zareaguje. Tak naprawdę mówimy do siebie, żeby pozbyć się negatywnych emocji – to nam ulży, jeśli sobie użyjemy.

Silvio w filmie „Oni” słyszy negatywne opinie na swój temat, ale jeśli rzeczywiście ma tak grubą skórę, że nie bierze sobie tych słów do serca, to również nie możemy mówić o skutecznym obrażaniu. Intuicyjnie wiemy, że żeby osiągnąć efekt i kogoś obrazić, musimy znaleźć jego czuły punkt. Nie rzucamy wszystkimi obelgami, jakie nam przyjdą do głowy, z reguły odnosimy się do tego, co jest dla drugiego człowieka kompleksem lub świętością.

W ostatnich dniach byliśmy świadkami ciekawej, z językowego punktu widzenia, historii związanej z obrażaniem. Dziennikarka TVP, Magdalena Ogórek, została niedawno otoczona przez grupę agresorów pod siedzibą stacji. Wykrzykujący obraźliwe hasła, połączyli atak werbalny z niewerbalnym (tak przynajmniej wynika z zeznań świadków, choć sami zainteresowani przekonują, że wcale nie pluli na samochód). Nie wiemy, czy pani Ogórek jest jak Silvio i obelgi jej nie dotykają, ale jeśli nie jest, to na pewno był to książkowy akt obrażania – efektywny i bolesny.

Dziennikarka poprowadziła przedwczoraj program „Studio Polska” w TVP Info. Pod koniec audycji otrzymała od publiczności oklaski i kwiaty. Wśród wypowiedzi kierowanych wtedy pod jej adresem, zwróciłam uwagę na jedną:

Małpa może panią opluć, małpa może panią kopnąć, ale małpa nie może pani obrazić, bo to jest tylko małpa.

Rzeczywiście, żeby obrażać trzeba być jednak człowiekiem. Jeżeli przyjmiemy, że zwierzęta są amoralne i działają wiedzione instynktami, to trudno posądzać je o nieetyczne zagrania. Tylko że tamci ludzie jednak nie byli małpami, a godność dziennikarki pewnie udało im się urazić – nie chcę się tu wdawać w dyskusję o tym, czy ona też prowokowała. Ważne, żeby takich historii było jak najmniej, bo uczucie pogardy dla drugiego człowieka to jedno z najniższych spośród wszystkich uczuć, które różnią nas od zwierząt.