Czy poprawiać ludzi, którzy robią błędy językowe?

Czy poprawiać ludzi, którzy robią błędy językowe?

Robię w sklepie zakupy z mamą. Podjeżdżamy wózkiem do kasy i zaczynamy wyjmować na taśmę kolejne produkty, które sprzedawczyni kasuje jeden za drugim. Wszystko idzie bez problemów, kiedy nagle kod kreskowy któregoś z towarów odmawia posłuszeństwa i nie daje się prawidłowo odczytać. Mimo kilku prób kod nie daje za wygraną, a skaner sygnalizuje dźwiękiem, że coś jest nie tak. Wtedy kasjerka, jak gdyby nigdy nic, odkłada produkt i mówi:

– Tego pani nie kupi.
– Jak to? – odpowiada moja mama. – Dlaczego nie?
– No bo mi nie wchodzi na kasę, może jest jakiś błąd.
– No tak, tylko że ja mam pieniądze, państwo macie towar, jest na nim cena, a ja nie mogę go kupić?
– Nie wiem co się stało, błędny kod. Może ten towar jest wycofywany czy coś.
Ekspedientka spokojnie kładzie nieskasowany artykuł w skrytce pod monitorem i kontynuuje pracę. W ogóle nie widzi, że moja mama nie jest usatysfakcjonowana jej odpowiedzią.
– Zaraz, zaraz. Ja tu czegoś nie rozumiem. A jeśli wszystkie produkty miałyby błędny kod, to nie skasuje pani żadnego, a ja wrócę do domu bez zakupów? Przecież to trzeba coś zrobić, może kogoś zapytać co się stało, a nie zabierać klientowi towar i kasować resztę!
Na twarzy mojej mamy pojawia się ten rodzaj wzburzenia, które jest wyjątkowo nieznośne dla otoczenia. Łączy ono w sobie bezradność, rozczarowanie i niedowierzanie, że to co się dzieje, faktycznie się dzieje. Stoję więc przy stoisku do pakowania zakupów cicho jak trusia i przyglądam się mamie, która jest już jak tykająca bomba zegarowa, i kasjerce, która zdaje się mieć sytuację w poważaniu.
– Ale ja nie jestem w stanie nic zrobić, a pani mnie tu wyzywa – mówi zniesmaczona dziewczyna.
– Jak to wyzywam? Przecież nie wyzywam pani, po prostu uważam, że może zamiast chować towar, trzeba wymienić go na inny, a temu przykleić nową naklejkę z kodem.
– Wyzywa mnie pani, a to trzeba po prostu pójść do informacji, ja nic nie zrobię.
– O czym pani mówi, nie wyzywam pani… – kontynuuje mama, ale powoli odpuszcza. Napędzona nerwami wkłada zakupy do plastikowych toreb bardzo energicznie.
– Skoro tak wygląda sytuacja to to, czego pani nie skasowała, kupię u konkurencji.

Kasjerka nie odpowiada. Płacimy, odchodzimy, a ja myślę o tej rozmowie jako o doskonałym przykładzie na to, jak niska świadomość językowa może wpłynąć na jakość komunikacji.

Mknąc alejkami centrum handlowego, moja mama rozważa sytuację sprzed chwili.
– Co ta kobieta plotła? Przecież nie wyzywałam jej. Owszem, byłam zdenerwowana, może mówiłam podniesionym tonem, ale jej nie ubliżałam, sama słyszałaś.
– No właśnie, problem polega na tym, że ty rozumiesz słowo wyzywać zgodnie z jego definicją. Wyzywać, czyli zwymyślać kogoś używając dosadnych lub wulgarnych słów. Niestety, wiele osób używa słowa wyzywać w znaczeniu krzyczeć na kogoś.
– A krzyczałam?
– Myślę, że nie. I na pewno nie wyzywałaś jej.

Cała ta sytuacja, oraz wiele innych, podobnych, uświadamia mi, jak ważne jest, by edukować językowo siebie i innych. By wyjaśniać zapożyczenia z obcych języków, uczyć, że warto zaglądać do słowników, czytać dobrą literaturę, bo to wszystko jest niezbędne: „aby język giętki, powiedział wszystko, co pomyśli głowa”. I tu nasuwa się kolejna refleksja. Skoro tak, to czy warto poprawiać innych ludzi kiedy słyszymy, że mówią niepoprawnie?

Dobrze wiemy, że ludzie nie lubią być poprawiani. Ciężko nam wszystkim mierzyć się z naszymi niedoskonałościami, czasem nie tylko nie chcemy z nimi walczyć, ale też nie chcemy ich sobie w ogóle uświadamiać. W edukacji językowej nie pomaga również fakt, że nieumiejętność poprawnego posługiwania się językiem polskim jest postrzegana jako dowód głupoty i niedouczenia. Można pomylić się w obliczeniach, można nie pamiętać jak rozmnaża się pantofelek, można nie wiedzieć jakie miasto jest stolicą Peru, ale jeśli pisze się i mówi z błędami, to nie ma na to w świadomości społecznej żadnego usprawiedliwienia – jest się głupkiem. Być może powodem takiego stanu rzeczy jest to, że mówienie, a potem pisanie, to są pierwsze i najbardziej podstawowe umiejętności, jakie nabywamy w życiu. One też nam do końca życia towarzyszą. Jeżeli nie radzimy sobie z językiem, to jesteśmy odbierani jako nieudolni w ogóle, o czym regularnie przekonują się politycy, których krytykujemy za obiat, łączenie się w bulu i nadzieji, hatakumbę czy przymóżenie oka. No właśnie – krytykujemy.

Trzeba sobie zadać pytanie kiedy chęć pomocy i zwracanie komuś uwagi na błędy ma wymiar dydaktyczny, a kiedy jest uwagą podszytą złośliwością; krytyką dla krytyki. Pamiętam, jak kiedyś kolega poprosił mnie o sprawdzenie jego komentarza, który chciał wysłać do internauty, z którym kłócił się o jakąś ważną kwestię. Wyraźnie zaznaczył, że dyskusja jest już tak gorąca, że jeśli w jego wypowiedzi będą jakieś błędy językowe, to oponent mu je wytknie. Oczywiście zrobi to po to, żeby mój kolega wyszedł na głupka, a nie po to, by życzliwie udzielić mu cennej, językowej porady.
Trzeba tu szczególnie podkreślić, że takie poprawianie czyichś błędów nie ma nic wspólnego z promowaniem poprawności językowej. To zupełnie tak jak złośliwe wytykanie komuś, że ma nadwagę nie ma nic wspólnego z promowaniem zdrowego stylu życia.

Jeśli chcemy kogoś poprawiać, to musimy dopilnować, żeby ta osoba wiedziała, że zależy nam na jej dobru, a nie na tym, żeby się wywyższyć. Warto zatem pamiętać o kilku zasadach.

  1.  Po pierwsze, i najważniejsze, dobrze jest, jeśli poprawiamy kogoś na jego wyraźne życzenie.
    Wbrew pozorom, ludzie są ciekawi czy mówią poprawnie i ile robią błędów. Wcale nie tak trudno z poprawiania zrobić niezłą zabawę, uwrażliwić na język, pomóc komuś, kto jest dla nas ważny, dodać do życia nową wartość, jeśli tylko on lub ona tego chce.
  2. Po drugie, trzeba pamiętać, że to wyraźne życzenie nie oznacza, że dostajemy mandat, by poprawiać kogoś przy każdej sposobności.
    Są takie sytuacje, w których wytykanie przez nas błędów przyjacielowi będzie naprawdę nie na miejscu. Wyobraźmy sobie, że ktoś decyduje się obdarzyć nas swoim zaufaniem i zwierzyć się z czegoś, co jest dla niego trudne, zrzucić ciężar z barków. Jeśli właśnie w tym momencie zaczniemy punktować jego potknięcia językowe, na pewno więcej do nas nie przyjdzie. Co równie ważne, nie wyciągamy błędów językowych naszego rozmówcy w towarzystwie innych osób. Jeśli myślimy, że popełnianie błędów językowych świadczy źle o naszym koledze, to musimy pamiętać, że zawstydzając go na oczach grupy, to my wystawimy sobie nie najlepsze świadectwo.
  3. Po trzecie, warto pamiętać o tym, żeby zawsze poprawiać taktownie.
    Komentarze w rodzaju: „kiedy wreszcie przestaniesz mówić poszełem? Uszy mi już więdną”, to nie jest dobra droga. Zauważyłam, że osoby zaangażowane w niesienie kaganka oświaty są niezwykle czułe na punkcie poprawnej polszczyzny. Mają dobre chęci, ale na błędy często reagują alergicznie, a te reakcje trudno jest im ukryć. Nawet jeśli nie komentują, to wystarczy na nie spojrzeć, żeby dostrzec grymas zażenowania na ich twarzach, który pojawia się za każdym razem, gdy usłyszą np. włanczać. Czasem takie osoby wychodzą z siebie, mówią na przykład: „tyle razy tłumaczyłam, a ty dalej nie rozumiesz?”, „znów popełniasz ten sam błąd, tobie już chyba nic nie pomoże”, czym osiągają odwrotny do oczekiwanego efekt. Musimy pamiętać, że wszyscy robimy błędy. Nie można ich bagatelizować, ale też nie ma co rozdzierać szat. Znacznie lepiej jest w delikatny sposób, bez oceniania, poprawić błąd i szybko przejść do dalszej rozmowy. Bez zbędnych komentarzy i emocji.
  4. Po czwarte, może nie zawsze warto poprawiać?
    Dobrze pamiętam, jak kilka lat temu intensywnie uczyłam się języka angielskiego. Miałam szczęście natrafić na wspaniałego nauczyciela i naprawdę dobrą szkołę językową. Na zajęcia często przychodziłam wcześniej, bo po wykładach na uczelni nie opłacało mi się wracać do domu. Siedziałam w pustej sali, a potem przychodził nasz lektor i zaczynał przygotowywać się do zajęć. Rozkładał materiały, podłączał rzutnik i inne sprzęty. W tym czasie prowadziliśmy miłą pogawędkę. Któregoś dnia, przed zajęciami, zapytałam mojego nauczyciela dlaczego nagle przestał poprawiać jedną z kursantek. Chodziło o dziewczynę, która dosłownie wychodziła z siebie, żeby nauczyć się angielskiego, ale jakoś nie miała drygu do języków obcych. Obudzona w środku nocy była zdolna bezbłędnie podać zasady użycia dowolnych czasów gramatycznych, strony biernej, wyrecytować czasowniki nieregularne, ale kiedy przychodziło do konwersacji, zupełnie się zacinała i miała duże problemy z wymową. To był niezwykły przypadek, bo ta dziewczyna była naprawdę zdeterminowana. Większość ludzi, którzy nie radzą sobie z nauką języka, szybko się zniechęca, niewiele mówi, a jeśli mówi, to cicho, pod nosem. A ona mówiła chętnie, dużo, więc i poprawiana była często. Aż tu nagle, pewnego dnia, nasz nauczyciel przestał zwracać uwagę na zarzynane przez nią angielskie słowa. Co się okazało? Nasz anglista uznał po prostu, że dalsze poprawianie naszej koleżanki będzie dla niej szkodliwe. Obserwując ją zauważył, że poprawianie jej błędów nie przynosi efektów, ale może skutkować tym, że jej zapał w końcu opadnie i ona przestanie mówić, a jeśli tak się stanie, to szanse, że kiedykolwiek nauczy się angielskiego spadną do zera.

    Uważam, że warto korzystać z tej wskazówki również na gruncie naszego języka ojczystego. Jeśli już dziesięć razy poprawiliśmy czyjeś wezne na wezmę, a mimo to, nasz przyjaciel wciąż tak mówi, to może trzeba odpuścić i edukować go w inny sposób, czyli po prostu mówić przy nim zawsze poprawnie; dawać przykład – i tylko do tego się ograniczyć. W przeciwnym razie możemy go stracić, bo poprawiany raz za razem, w końcu się w sobie zamknie.

Podsumowując, nie możemy traktować tematu poprawności językowej jak sprawy życia i śmierci, bo nią nie jest. Czasem, może nawet często, niska świadomość językowa powoduje kłopoty komunikacyjne, ale tak jak dla dobra naszego małżeństwa decydujemy się zacisnąć zęby i zaakceptować to, że nasz mąż kruszy w salonie i nie opuszcza deski sedesowej, tak możemy też odpuścić, gdy językowo orzemy na ugorze. Zwracając komuś nieustannie uwagę możemy czasem znacznie więcej stracić, niż zyskać. Zamiast komuś pomóc, wpędzić go w kompleksy, zamiast budować dobrą relację opartą na zaufaniu, zbudować atmosferę napięcia i lęku przed kolejną wpadką.