Fuga językowa

Fuga językowa

Słyszeliście kiedyś o fudze dysocjacyjnej? Ja nigdy, ale wczoraj dowiedziałam się, że fuga jest zaburzeniem, polegającym na tym, że osoba, która na nie cierpi, próbuje poradzić sobie z jakąś trudną sytuacją życiową, poprzez ucieczkę od tej sytuacji. Wyjeżdża na przykład z domu, zostawiając za sobą dawne życie, o którym trwale zapomina w wyniku amnezji wstecznej. Nie wie, kim była, jak się nazywała ani czym się zajmowała przed pojawieniem się fugi. Drugie życie zaczyna z czystą kartą, buduje sobie zupełnie nową tożsamość i może z nią przeżyć wiele lat. Odnaleziona przez rodzinę nie pamięta jej, nie rozpoznaje też dawnej siebie, ale jeśli uda jej się przypomnieć sobie dawne życie i wrócić do niego, to zapomina, co działo się z nią w okresie zaburzenia.

O tym właśnie jest nowy film reżyserki Córek dancingu, Agnieszki Smoczyńskiej, pt. Fuga. A może nie tyle jest to film o fudze, co o kobiecie, która na nią cierpi i o tym, gdzie mieszka ludzka tożsamość. Kinga, bohaterka filmu (doskonale zagrana przez Gabrielę Muskałę, która jest również autorką scenariusza), zostaje odnaleziona przez swoich rodziców dzięki programowi telewizyjnemu. Zapytana przez prezenterkę o to, co pamięta, odpowiada: „pamiętam, ale nie wiem, co”. Rodzina, z którą bohaterka spotyka się wkrótce po programie, nie rozpoznaje jej. Kinga przedstawia się jako Alicja i nie identyfikuje się z poprzednim imieniem.

Mocnym punktem filmu Fuga jest pojawiająca się w nim symbolika. Dom, do którego Kinga/Alicja wraca wraz z mężem i synkiem, jest położony ‘gdzieś’ pod Wrocławiem, choć tak naprawdę mógłby być wybudowany gdziekolwiek. Duży, przestronny i otwarty, wygląda na zimny i uderza bezosobowym, katalogowym wnętrzem. Krzysztof, grany przez Łukasza Simlata mąż Kingi, stara się wcielać w rolę przykładnego ojca, który próbuje trwać w okowach samokontroli, by być dla syna ostoją bezpieczeństwa i normalności.

fuga

Symboliczny w filmie jest również wątek dotyczący nazywania rzeczywistości, zwłaszcza teraz, kiedy jest nią życie, które po powrocie Kingi stanęło na głowie. Kiedy rodzice bohaterki postanawiają spróbować pomóc córce, ich chłodny stosunek do odnalezionej kobiety każe przypuszczać, że tak naprawdę chcieliby po prostu ściągnąć Kingę z powrotem do ciała zajętego przez jakąś obcą Alicję, żeby znów wszystko było ‘normalnie’. W tym celu przyklejają do przedmiotów i mebli karteczki z ich nazwami. Wierzą, że zaklęcie poskutkuje, choć przecież ich córka wie, co jest lampą, a co stołem. Co ciekawe, karteczki rzeczywiście zaczynają działać, gdy stają się przedmiotem zainteresowania Daniela, kilkuletniego syna pary. Chłopiec wpada na pomysł, by pozamieniać kartki miejscami i poudawać, że teraz stół jest lampą, a lampa na przykład kanapą.

Ferdinand de Saussure stworzył kiedyś definicję znaku językowego, która głosi, że łączy on pojęcie z jego obrazem akustycznym. Są to oczywiście określenia abstrakcyjne. Wiadomo, że nie każdy z nas może mówić i nie każdy z nas słyszy, więc nie można traktować obrazu akustycznego zbyt dosłownie. To nie jest słyszalny dźwięk, ale jego psychiczne wyobrażenie. De Saussure uważał też, że znaki są arbitralne, a to znaczy, że nie ma żadnych przeszkód, żeby, jak chciał tego mały Daniel, nazywać stół lampą, a lampę stołem. To, jak coś nazwiemy, zależy od tego, jak się umówimy. Oczywiście, dla dobrego porozumienia, nie żonglujemy pojęciami w taki sposób, że jakiś przedmiot nagle zaczynamy nazywać inaczej niż wszyscy, ze względu na inną cechę znaków, jaką jest ich (względna) niezmienność. Właśnie dlatego dziecko może porozumiewać się swobodnie ze swoimi dziadkami i uczyć od nich języka – filiżanka była małym naczyniem z uszkiem za czasów, kiedy język poznawali nasi dziadkowie i jest tak do dzisiaj. W każdym razie, nazywamy krzesło krzesłem, bo… Tak nazywamy. I już. Nazywanie go długopisem czy talerzem, byłoby złamaniem konwencji, ale pod słowem nadal kryłoby się pojęcie krzesła. Tak jak gdzieś pod Alicją, inaczej ubraną, arogancką, inną, kryje się Kinga, która wie, gdzie w jej domu są bezpieczniki, choć nie pamięta męża i dziecka.

Daniel zamieniając karteczki, zaczyna ustalać nowy porządek. Co ciekawe, rodzice chłopca dają się ponieść tej zabawie. Ojciec prosi synka, zastosuję tu luźną parafrazę, bo nie pamiętam dokładnie dialogu, żeby przyniósł mu: szafkę, do której wleje on sobie dywan, i klamkę do zamieszania. Ta językowa gra rodzi relację między bohaterami. Oswaja ich z powykrzywianą rzeczywistością, na chwilę spaja to, co się tak bardzo porozpadało. Odpowiedź na pytanie, czy efekty tej zabawy będą trwałe, znajdziecie w kinie, ale już sam pomysł wrzucenia do scenariusza takiego zabiegu fabularnego, pozwala widzowi poczuć choć namiastkę tego niewyobrażalnego stanu, jakim jest doznanie fugi dla samego chorego i dla jego rodziny.

Pozostając w sferze języka, warto zatrzymać się też na chwilę przy imionach bohaterki. Imię, to coś, co bardzo mocno nas określa. Nie starzeje się, nie zmienia i zostaje z nami przez całe życie, choć tak naprawdę imiona i inne nazwy własne, z językoznawczego punktu widzenia, nic nie znaczą. Wspomniany znak łączy pojęcie z obrazem akustycznym. Nie przedmiot, ale właśnie pojęcie. Krzesło może przecież wyglądać bardzo różnie, może być zrobione z różnych materiałów, więc gdy wypowiadamy słowo KRZESŁO, to ono nie odnosi nas do żadnego konkretnego przedmiotu. Odnosi nas do pojęcia krzesła, jako przedmiotu do siedzenia, który ma cztery nogi i oparcie. Dlatego, jeśli powiem MARTA, to nie odnosi mnie to do niczego, a więc nic nie znaczy. Mam na imię Marta, mam niebieskie oczy i ciemne, długie włosy, ale są też Marty z brązowymi oczami i jasnymi włosami. Można powiedzieć, że faktycznie, ludzie mają różne cechy, ale imię identyfikuje płeć, więc można chociaż stwierdzić, że imię Marta odnosi nas do pojęcia kobiety czy kobiecości. To też nieprawda. Jan Maria Rokita nie jest kobietą, choć jedno z jego imion jest żeńskie. Podobnie jest z nazwami własnymi. Przez Warszawę płynie Wisła i ona jest jedna, ale to nie znaczy, że nie może być jakaś inna Wisła w innym miejscu. Że nie możemy tak nazwać innej rzeki. Mamy dwa Frankfurty, Krynicę Morską i Górską, dwie Ameryki. Zatem, jeśli nazwa własna jest znaczeniowo pusta, Kinga może być Alicją, a Alicja Kingą, choć zupełnie się od siebie różnią.

Jeśli macie więc chwilę czasu w tym zabieganym okresie przedświątecznym, idźcie na Fugę. To naprawdę niezwykły obraz, niezwykły temat i doskonała gra aktorska. Chłopiec grający Daniela, rozczula i zachwyca naturalnością, Simlat jest świetny jak zawsze, Muskała odmieniona jak nigdy. Warto.