Ile jest Ani w Ani? I czy serial krzywdzi książkę? (Uwaga, spojlery!)

Ile jest Ani w Ani? I czy serial krzywdzi książkę? (Uwaga, spojlery!)

W teorii literatury mamy takie pojęcie, jak miejsca niedookreślenia. Są to wszystkie te miejsca, które czytelnik wypełnia sam, współtworząc poniekąd dzieło literackie. Nie ma takich książek, które nie miałyby miejsc niedookreślenia, bo twórca ani nie jest w stanie, ani nie chce opisywać w tworzonej przez siebie historii każdego szczegółu. Jeśli bohaterka książki ma na sobie zieloną sukienkę w grochy, pisarz opowiada nam o tym, co jest w tej sukience najistotniejsze, nie podaje wszystkich detali, jak rodzaj zapięcia, liczba falbanek i szwów. To my uruchamiamy wyobraźnię i wiedzeni wskazówkami autora, tworzymy w naszych głowach opisany przez niego świat, a w nim domy, ludzi czy krajobrazy. To właśnie dlatego mamy tyle interpretacji jednego dzieła, ile odczytań, i również dlatego autor może bawić się skojarzeniami, niedopowiedzeniami i aluzjami, a sama powieść zawiera znacznie więcej treści niż wskazywałaby liczba znaków.

Czy idąc tropem miejsc niedookreślenia, można więc powiedzieć, że Ania z Zielonego Wzgórza jest powieścią o emancypacji, feminizmie i łamaniu konwenansów? Czy autorka książki o najpopularniejszej rudowłosej dziewczynce świata chciała między wierszami zasygnalizować, że pod apelem o akceptację dla bujającej w obłokach sieroty, kryje się manifest wzywający do tolerancji wobec środowisk LGBT? Na pierwszy rzut oka taka interpretacja wykracza poza intencje Lucy Maud Mondgomery, a co za tym idzie, dodanie wątków feministycznych w najnowszej ekranizacji dzieła kanadyjskiej pisarki, serialu Ania, nie Anna, wywołało niemałe zdziwienie wśród miłośników książki.
Głosy krytyki wobec nowej Ani płyną i z kraju, i zagranicy. Wszystko zaczęło się jeszcze przed emisją pierwszego sezonu, kiedy w sieci pojawiły się pierwsze zdjęcia z planu i plakaty promocyjne. Wielu fanów powieści wyraziło wątpliwości związane z obsadzeniem w roli tytułowej Amybeth McNulty, ponieważ uznali, że dziewczynka jest za brzydka. Zauważali, że przecież Ania była ładna, a kompleksy na punkcie włosów i piegów istniały tyko w jej głowie. Nietrudno się domyślić, że wybór obsadowy jest w przypadku tej adaptacji niezwykle ważny. Dziewczynka, która się nie sprawdzi, zawali całe przedsięwzięcie. To kto i jak ją zagra, nakreśli kierunek, w którym podąży fabuła. Amybeth McNulty absolutnie nie jest w mojej opinii dziewczynką brzydką, ale myślę, że wybór właśnie tej aktorki mógł sugerować, że serial pokaże perypetie Ani w sposób równie nieoczywisty, co jej uroda.

Serialowa Ania rzeczywiście różni się od książkowej. Przede wszystkim, wrzucono ją w rzeczywistość, którą z powieścią łączą właściwie tylko główne wątki i zapierające dech krajobrazy Wyspy Księcia Edwarda. Swoboda z jaką scenarzyści traktują książkowy pierwowzór, to kolejny zarzut krytyków wobec serialu. Fabuła Ani, nie Anny nie tylko obfituje w treści i postacie, których w książce nie ma, ale też odmalowuje historię dziewczynki w czarnych barwach. Nagle dowiadujemy się, że sny na jawie, w których tak często tonie Ania, są nie tylko zasługą jej wyjątkowej osobowości, ale i sposobem na ucieczkę od koszmarnego dzieciństwa, które przyszło jej wieść. W pierwszej serii niejednokrotnie cofniemy się do wydarzeń sprzed adopcji Ani przez rodzeństwo Cuthbertów i zobaczymy ją poniewieraną, opluwaną i bitą pasem przez poprzednich „opiekunów”. Nieraz ścierpnie nam skóra na widok scen, w których dziewczynka kryje się przed drwinami kolegów w wewnętrznym świecie depresyjnych majaków, a także gdy dostaniemy wyraźną sugestię, że w poprzednim domu była świadkiem scen gwałtu. Żadna z wcześniejszych ekranizacji Ani z Zielonego Wzgórza nie obrazowała realiów epoki tak bardzo wprost. Wszyscy przyzwyczailiśmy się, że historia Ani to ciepła opowieść ze szczęśliwym zakończeniem. Dziewczynka ostatecznie znajduje miłość i szczęście, a jej włosy z czasem stają się kasztanowe. Każdy miłośnik książek Lucy Maund Montgomery kocha je właśnie za ciepło, za to, że może dzięki nim zanurzyć się w bujnej zieleni Avonlea, pooddychać życiem pełnym prostych trosk i niewinnych marzeń o sukniach z bufkami, poobcować z eleganckimi mężczyznami w kapeluszach i damami w długich sukniach zapiętych po samą szyję. Nie jest tak, że produkcja Netfliksa nie spełnia tych oczekiwań – z pewnością dostajemy serial kostiumowy na miarę naszych czasów. Tak kolorowych wianków z kwiatów, tak dużych motyli, pięknych kadrów mglistych poranków i fal rozbijających się o nabrzeża, nie widziałam na ekranie od dawna. Przyroda zdaje się być wyjęta z głowy Ani. Wnętrza domów wyglądają jak oryginalne, detale, takie jak stroje, sprzęty kuchenne i kokardy we włosach, tworzą tło, które chyba nie może się nie podobać.

Co jednak z tym naturalizmem? Czy okrucieństwo i mroczna strona realiów początków XX wieku rzeczywiście psują wymowę powieści? Jeżeli zadamy sobie pytanie o życie w rolniczym miasteczku sprzed wieku, to nawet trzymając się książkowego oryginału, dostrzeżemy dość ponury obrazek. Czy dziś ktokolwiek wyobraża sobie, że można traktować dziesięcioletnie dziecko jak tanią siłę roboczą? Że można przysposobić chłopca z myślą o tym, żeby wcisnąć mu w ręce widły i posłać do pracy przy przerzucaniu siania, a jeśli zdarzy się pomyłka i zamiast chłopca na peronie pojawi się dziewczynka, odesłać ją do sierocińca jak towar? Montgomery opisując kwiecistym językiem Ani jej żal, kiedy wychodzi na jaw, że nie jest tym, kogo oczekiwali Mateusz i Maryla, odwraca naszą uwagę od rzeczywistego problemu, jakim jest przedmiotowe traktowanie dziewczynki. Skupiamy się na chłodnej Maryli, której z czasem mięknie serce, obserwujemy, jak dzięki Ani na światło dzienne wychodzi jej ukryta tęsknota do życia, które nie kręci się tylko wokół obowiązków w rodzinnym gospodarstwie. Dajemy się zauroczyć, przymykamy oko na okrucieństwo całej sytuacji, widzimy tylko dziecko zdolne zamienić czarownicę w kochającą matkę. Jeśli jednak spojrzymy na tę historię na surowo, dostrzeżemy, że świat, w którym żyła Ania, wcale nie był tak piękny również w książce, więc osadzenie fabuły w świecie bliskim realiom sprzed stu lat, w ogóle nie wydaje mi się nietrafionym pomysłem. Mało tego, uważam, że ten autentyzm bardzo służy opowiadanej historii, jest tchnieniem życia w wyobraźnię Ani, która bez ciężaru realiów byłaby pustym pięknoduchostwem. W tym serialu rany naprawdę bolą, śmiech jest naprawdę szczery, pasje są naprawdę namiętne.

Niestety, z odcinka na odcinek w kolorowy świat Ani, w którym nic nie jest neutralne, a emocje zawsze rozgrywane są na wysokim C, wkradają się nieśmiało pewne nuty fałszu. Nie jest nim bynajmniej krytykowany przez niektórych widzów, nazywany po imieniu feminizm, który przybiera formę bardzo współcześnie brzmiących haseł, wygłaszanych przez bohaterów (np. „Spódnica to nie zaproszenie!”), ale po prostu brak wiarygodności podjętych wątków. Jak się okazuje, w Avonlea problemy piętrzą się tak samo szybko, jak i rozwiązują. Jeśli odpowiedź na pytanie bohaterki będzie znał gość z pubu, to na pewno go tam zastanie i od razu rozpozna. Będzie siedział przy stoliku z torbą pełną przydatnych do notatek, które gromadził latami i chętnie je jej odda, choć w ogóle jej nie zna. Ania, nie Anna pokonuje przeciwności losu, idąc jak po sznurku, a jeśli zdarzy się potknięcie, plan B zawsze wypali. Ma wiernych przyjaciół, którym również przytrafiają się niewiarygodne przygody, a ich wątki są znacznie bardziej obszerne niż na książkowych stronach. Uroczy Gilbert Blythe to istny człowiek orkiestra – doskonały uczeń, właściciel gospodarstwa po rodzicach, obieżyświat i zawołany położny. Naprawdę nie wiem, jakie cele przyświecały scenarzystom, gdy budowali wątek, w którym nastoletni Gilbert odbiera poród pośladkowy młodej kobiety w Trynidadzie i Tobago. Nie szuka pomocy, sam decyduje się obrócić dziecko w łonie matki, bo… widział jak się to robi u zwierząt na farmie.

W drugim sezonie obserwujemy, jak Zielone Wzgórze z czasem przeobraża się w ostoję postępu. Miejsce, które odmienią Murzyni i emancypantki w spodniach, niosący homogenicznej społeczności ducha różnorodności. Osobiście nie mam nic przeciwko tej drodze, którą podąża fabuła – w końcu książkowa Ania jest i czuje się odmieńcem, jest inna, ponadprzeciętnie wrażliwa, piegowata i ruda, więc taki kierunek wydaje mi się zgodny z duchem powieści. Mam jednak wrażenie, że wątki związane z tolerancją wobec inności czy równością kobiet i mężczyzn, nie są wprowadzane w formie sugestii szanujących inteligencję odbiorcy – wspomnianych miejsc niedookreślenia, które odczytujemy między wierszami – lecz wjeżdżają na nasze ekrany z subtelnością czołgu. Dla wprawionych widzów, którzy z niejednego serialowo-filmowego pieca chleb jedli, będzie to jeden ze słabszych punktów netfliksowej produkcji, która mimo wszystko trzyma dobry poziom. Ci, którzy już po pierwszym sezonie postawili na nowej Ani krzyżyk, z pewnością nie zmienią zdania po drugim.