Kilka słów o reklamach

Kilka słów o reklamach

Znacie to uczucie, kiedy ktoś, po kim nie spodziewaliście się wiele, okazuje się właśnie tą osobą, która wyciąga do was pomocną dłoń, jest gotowa się dla was poświęcić, zrobić coś bezinteresownie? W takich sytuacjach mamy zazwyczaj dwie myśli. Pierwszą, że może jednak nie znaliśmy tej osoby za dobrze, i drugą, że może zbyt szybko oceniamy innych, może powinniśmy mieć więcej pokory w przyszłości.

Ciekawe, że zagadnienia poprawnościowe wywołały u mnie ostatnio podobne refleksje. Wszystko za sprawą reklam. Jak wiemy, dobra reklama posługuje się różnymi metodami komunikacji i oddziaływania na odbiorcę. W zależności od produktu i promującego go medium, w różnych proporcjach korzysta z obrazu, dźwięku i tekstu. Ze słowami w reklamach bywa różnie. Czasem są one bardzo ważne, dobry slogan jest wiele wart. Bywa jednak i tak, że język traktowany jest całkowicie po macoszemu. Widzimy to np. w reklamie farby do włosów z Grażyną Torbicką, w której prezenterka dwa razy powtarza koszmarek językowy, będący nieudolnym tłumaczeniem z angielskiego: „bogata pielęgnacja dla bogatego koloru”. Konia z rzędem temu, kto wytłumaczy mi na czym polega to, że pielęgnacja jest bogata. Ciekawa jestem również, czym jest bogaty kolor i czy skoro kolor może być bogaty, to może być też ubogi?

Poza dosłownym tłumaczeniem z języków obcych, jest jeszcze jeden sposób, w jaki reklama krzywdzi polszczyznę. Chodzi o mające wpadać w ucho piosenki ilustrujące spoty. Dziś już coraz częściej różne produkty promowane są przez świetne utwory, które dzięki reklamom dostają drugie życie (jak na przykład kawałek pt. „Enigma” Amandy Lear), ale nie zawsze sięga się po gotowe nagrania. Czasem ktoś pisze do muzyki polskie słowa. Wymownym przykładem porażki copywriterskiej może być pewna stara reklama chipsów Pringles z piosenką, której fragmentu tekstu długo nie mogłam zrozumieć. Padały w nim słowa brzmiące, jak mi się wydawało: „w dłoniach usta” – absurd pasujący zupełnie do niczego.

W związku z tym, że jestem dosyć zdeterminowanym stworzeniem, postanowiłam, że dołożę wszelkich starań, aby dosłyszeć o co naprawdę chodzi. Przy kolejnej okazji, kiedy natrafiłam na wspomnianą reklamę, zrobiłam głośniej, chyba nawet podbiegłam do telewizora i udało mi się wychwycić wyśpiewane słowa. Piosenka traktowała o wyższości chipsów w tubie nad chipsami w paczce. Zanurzanie ręki do paczki skutkowało ubrudzeniem jej tłuszczem, co wokalista wyrażał śpiewając: „DŁONIA tłusta”!

No cóż, z czymś to się rymowało, piosenka miała przekaz, który trzeba było zmieścić w krótkim spocie. Nie usprawiedliwia to błędów, ale uzmysławia, jak dużym wyzwaniem bywa język dla twórców kampanii reklamowych, zwłaszcza tych międzynarodowych, które trzeba przenieść na polski grunt.

A na polskim gruncie, wśród kampanii rodzimych, bywa naprawdę nieźle, co pokazuje sklep Żabka (nie, Wymowne nie dostało od nich niestety żadnych pieniędzy za promocję. Ani za nic innego). Zabawne i kreatywne reklamy z niekonwencjonalnymi klientami, wyróżniają się poprawną polszczyzną. W reklamie z panią, która robi duże zakupy śniadaniowe, słyszymy: „u mnie w domu cokolwiek by się wyłożyło, natychmiast wszystko znika z talerza”. Wielu z nas powiedziałoby pewnie: cokolwiek by się NIE wyłożyło, natychmiast wszystko znika z talerza, prawda? Mówimy też:
jak by nie było, co by się nie działo, a są formy błędne, choć tak bardzo rozpowszechnione.

Nie ukrywam, że kiedy dostrzegłam tę subtelność, to naprawdę się ucieszyłam. Zawsze traktowałam reklamy po prostu jako narzędzie do zbijania kapitału, nie zawsze mądrze, nie zawsze etycznie, często przy pomocy niepoprawnego języka, niewiarygodnego obrazu, byle tylko klient dobrze zapamiętał markę i kupił produkt. Pewnie większość z nas żyje w przekonaniu, że reklama kłamie, nachalnie włazi w nasze życie w postaci banerów, ulotek, spotów telewizyjnych i radiowych. Mało kto spodziewa się po niej bycia nośnikiem pięknej polszczyzny. A tu proszę.
Czyżbym zbyt szybko oceniała reklamowy światek? Powinnam mieć więcej pokory w przyszłości?

Ten pierwszy wpis, który właśnie przeczytaliście, miał być kolejnym, krótkim postem na wymowny fanpage. Tutaj miała być jakaś bomba, coś takiego, co będzie zagadnieniem ciekawym, ale i problematycznym. Chciałam napisać tekst, który będzie miał aspiracje do bycia artykulikiem popularnonaukowym – materiały źródłowe, te sprawy. Myślałam i myślałam ze dwa tygodnie, albo i więcej. Zachodziłam w głowę od czego tu zacząć, co najpierw przedrążyć do cna i wyłożyć podzielone na kawałki, a w międzyczasie wrzucałam na Facebooka spontaniczne drobnostki. Dziś też tak miało być, ale kiedy okazało się, że post rozrósł się na tyle, że zaczął nadawać się bardziej na blogowy wpis, pomyślałam, że opublikuję go tutaj.

Nie oszukujmy się, wspaniałych blogów, których autorzy rozwiewają językowe wątpliwości i tłumaczą zawiłości, jest w sieci już kilka. U mnie znajdziecie przede wszystkim to, co wychwyciły moje czułe na polszczyznę radary. To, co znalazło się w ich zasięgu, co mnie porusza, na co natrafiam w kontaktach z ludźmi, co czytam czy oglądam. Wszystkim tym będę się chętnie dzielić.