Podsumowanie roku. Część 1.

Podsumowanie roku. Część 1.

Kiedy myślałam o podsumowaniu filmowym ubiegłego roku (co robię pierwszy raz w życiu), to uznałam, że najłatwiej będzie mi wejść na Filmweb, odfiltrować filmy obejrzane przeze mnie w roku 2018 i po prostu wybrać trzy z tych, którym dałam najwyższą ocenę, czyli dziewięć – tak się składa, że żadnemu filmowi nie przypadła w minionym roku dziesiątka. Kiedy jednak przeglądałam swoje oceny, doszłam do wniosku, że to film z ósemką będzie moim numerem jeden. Zaraz wytłumaczę dlaczego, ale po kolei.

Wymowne filmy 2018:

3. Na miejscu trzecim: Fuga. Drugi film Agnieszki Smoczyńskiej to dla mnie po prostu zaskoczenie roku. Wszystko dlatego, że obraz reżyserki firmuje plakat, który wygląda jak zaproszenie na Salę samobójców dla czterdziestolatków, a jej debiut, Córki dancingu, był całkowicie autorskim projektem. Ekstrawagancką mieszanką horroru, romansu i musicalu z zaskakującym twistem. Czymś, czego na ekranie nie widziałam jak żyję, a obejrzałam już (według Filmwebu) ponad tysiąc trzysta filmów. Kino psychologiczne w wykonaniu Smoczyńskiej było dla mnie jedną wielką niewiadomą, a okazało się naprawdę cenną lekcją i dowodem na to, że reżyserka potrafi stworzyć świetny film gatunkowy. Fuga zmusza widza do zadania sobie pytania o samoświadomość, o to, czy nasza osobowość jest czymś niezmiennym i stałym, o to, czy rzeczywiście siebie znamy, czy możemy z całą pewnością przewidzieć nasze zachowania, czy dobrze wiemy, kim jesteśmy. Skrajny i rzadki przypadek fugi dysocjacyjnej, na którą zapada główna bohaterka, jest jak ewangeliczna przypowieść – obrazowa i odarta z niuansów pozwala dotknąć tajemnicy ludzkiego umysłu.

Fuga

2. Na miejscu drugim: Niemiłość. Najnowszy film Zwiagincewa można odebrać na kilku poziomach. Przede wszystkim jest to historia rodziny, która rozpadła się już w zarodku i nie scaliło jej ani pojawienie się dziecka, ani jego zniknięcie. Jest to chyba pierwszy film spośród wszystkich, jakie widziałam, w którym zobaczyłam zamach na instynkt macierzyński (w Fudze też jest ten wątek, ale Fugę obejrzałam dużo później). Niemiłość opowiada historię rodziców dwunastoletniego chłopca, którzy właśnie się rozwodzą i żadne z nich nie chce walczyć o opiekę nad synem. Dziecko stanowi problem i nie pasuje do nowej drogi życiowej ani matki, ani ojca, którzy są już z nowymi partnerami. Kiedy chłopiec pewnego dnia nie wraca ze szkoły, muszą oni skonfrontować się ze sobą i swoim rodzicielstwem. Reżyser osadza fabułę w kilku kontekstach – współczesnej Rosji goniącej za statusem mocarstwa, współczesnym świecie zdominowanym przez komunikację internetową, świecie płytkich, interesownych relacji, które karmią na krótko. Czasem Zwiagincew serwuje nam symbolikę zbyt nachalnie (główna bohaterka prawie nie unosi głowy znad telefonu – spokojnie panie reżyserze, rozumiemy przesłanie), ale można na to przymknąć oko, zwłaszcza jeśli na ekranie bryluje Maryana Spivak, która w swojej roli prezentuje widzowi pełne spektrum ludzkich emocji: od arogancji przez złość, smutek i żal, aż do skrajnego załamania. Niemiłość to z pewnością pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika dobrego aktorstwa i dobrych dramatów rodzinnych.

Niemilosc

1. Na miejscu pierwszym: Tamte dni, tamte noce. Na wstępie powiem, że cały ten top ujawnia moje filmowe (i pewnie nie tylko filmowe) preferencje. Uwielbiam zanurzać się w tematach psychologicznych i dotyczących emocji. Psychologii w nowym filmie Luki Guadagnino nie jest aż tak wiele, ale za to emocji i zmysłowości w nim nie brakuje. Historia gorącego romansu między młodym Eliem a dojrzałym Oliverem osadzona jest w letniej rezydencji należącej do rodziny tego pierwszego. Akcja rozgrywa się latem w północnej części Włoch. Choć opis ten może sugerować ckliwe romansidło, które ogląda się tylko dla gładkich twarzy i pięknych krajobrazów, to jednak trzeba zaznaczyć, że reżyserowi udało się nie wpłynąć na tę mieliznę. Guadagnino umiejętnie wykorzystuje urzekające wnętrza i plenery do budowania niezwykłego klimatu, podkreślającego ulotną idyllę wspólnych letnich dni, które główni bohaterowie spędzają razem. Oglądając Tamte dni, tamte noce od początku czujemy, że ten przepiękny świat wypełniony muzyką Sufjana Stevensa jest nietrwałą bańką mydlaną. Krwotok z nosa czy jątrząca się rana jednego z bohaterów są kamyczkami mogącymi zwiastować lawinę, odciskami smutnej rzeczywistości na idealnym obrazku, w którym zadbano o wszystko. Każdy szczegół przemijających przed oczami scen jest dopracowany i nasycony oddziałującą na wszystkie zmysły odczuwalną niemal fizycznie wrażeniowością. Ptasie trele i grające świerszcze brzmią jakby znajdowały się za naszym oknem, wydaje nam się, że czujemy aromat porannej kawy, którą piją bohaterowie, czujemy jak oślepia nas włoskie słońce, jak kamienna posadzka XVI-wiecznej willi chłodzi bose stopy. Co ciekawe, ze zmysłowością, cielesnością, pierwotnym, niemożliwym do ugaszania napięciem seksualnym kontrastuje – choć nie jestem pewna, czy to adekwatne określenie – wysoka kultura głównych bohaterów, ich elokwencja i oczytanie. Nie jest to oczywisty kontrast w znaczeniu walki, wzajemnego znoszenia się, to raczej jest to coś, co wywołuje iskrę. Dom Elia pełen jest antyków i książek, a on i jego rodzice mówią w trzech językach. I choć ten film ma swoje gorsze momenty, chwile, w których reżyser przeszarżował (ach, to wspólne czytanie klasyki), to jednak Tamte dni, tamte noce są czymś znacznie więcej niż proste romanse kręcone w gorących krajach, które wyglądają jak dwugodzinna reklama wakacji.

A dlaczego film z ósemką wylądował na pierwszym miejscu? Bo nie mogłam się oprzeć, by obejrzeć go drugi raz i pewnie będę jeszcze do niego wracać. Bo chciałam usłyszeć zimą ptaki, świerszcze, dźwięk rowerowych kół na polnej drodze. Bo tam jest Timothée Chalamet, który po prostu rozbił bank. Ten chłopak ma więcej niż talent, to, co on robi na ekranie jest efektem wykorzystania Boskiego daru.

Call

Wymowne rozczarowanie 2018:

Nie ukrywam, że przy wyborze filmów sugeruję się opiniami krytyków. Z reguły to, co przedstawiają w swoich recenzjach np. Łukasz Muszyński, Michał Walkiewicz czy Jakub Dębski wpisuje się jak najbardziej w „me gusta”. Nie zdarza mi się wybierać do kina na polskie komedie, które okraszone są scenami napisanymi tylko po to, by zrobić lokowanie produktu (choć nie mam problemu z samym lokowaniem). W większości przypadków moje zawody filmowe nie są więc tak uderzające, że film dostaje jedną gwiazdkę na dziesięć, więc również mój tegoroczny zwycięzca na pewno nie jest jakimś totalnym paździerzem.

Filmem, który najbardziej mnie rozczarował jest ostatni, jaki obejrzałam przed Nowym Rokiem. Mowa o eksperymencie (wiem, wiem, to nie była pierwsza taka próba) pt. Czarne lustro: Bandersnatch. Stworzenie interaktywnego filmu, w którym widzowie sami podejmują decyzję, jak potoczy się fabuła jest bardzo ciekawym pomysłem. Pytanie tylko, czy realizacja założeń przebiegła w tym wypadku bez potknięć. Miłośnicy ww. produkcji uważają, że tak; że efekty są kapitalne, a sytuacje, w których widz ma tak naprawdę pozorny wpływ na akcję filmu są szczegółowo zaplanowane i mają zmuszać do myślenia. Pojawiły się też opinie, że w tym wszystkim chodzi o to, by… niczego nie klikać. Szczerze mówiąc, mam wrażenie, że te momenty, kiedy jesteśmy proszeni o zmianę wyboru, nie są przekonujące w kontekście bardzo prostej historii, jaką serwują nam twórcy. Poboczni bohaterowie są narysowani grubą krechą, a perypetie młodego Stefana szybko stają się przewidywalne. Wielu widzów nie wyczuło tej filmo-gry i dociekają w internecie, czy tylko u nich po wybraniu „nieprawidłowej” ścieżki całość cofa się o kilka scen i muszą ponownie podjąć decyzję. Pozostaje też kilka technicznych zarzutów, np. bardzo głośna muzyka i ciche dialogi, brak możliwości odtworzenia filmu na urządzeniach starszego typu. Tak w ogóle… Ja sama nie wiem, czy to jest film, czy gra. Filmy można oglądać w nieskończenie dużym gronie, a pełnometrażowe Czarne lustro jest jakąś indywidualną dyscypliną rozrywkową. Jedno jest pewne – jest to jakaś autorska wypowiedź, jak w przypadku klasycznych filmów, bo ostatecznie dróg rozwoju akcji jest tylko kilka i trudno mówić o tym, że widz może tę projekcję spersonalizować, wybrać zestaw ulubionych rozwiązań. Opowieść nie chwyta za serce, więc dość szybko zrezygnowałam z możliwości sprawdzenia alternatywnych zakończeń i wyszperałam je po prostu w sieci. Nowe Czarne lustro to chyba rozrywka dla tych, którzy lubią eksperymenty i są gotowi nie szukać filmu w filmie. Ja się jakoś nie zaangażowałam.

Black

Moje krótkie zestawienie jest oczywiście całkowicie subiektywne i mam nadzieję, że może będzie dla Was jakąś inspiracją, by nadrobić ww. filmy, jeśli ich jeszcze nie widzieliście. Nie można go traktować jako profesjonalnego rankingu, bo ani krytykiem filmowym nie jestem, ani wszystkich ubiegłorocznych filmów nie widziałam. Na mojej liście nie znalazły się niektóre tytuły, które uważam za naprawdę świetne, bo układałam ją, kierując się tym, co dany film we mnie zostawił i jak bardzo na mnie wpłynął. Tylko taki ranking mogę stworzyć uczciwie, między innymi właśnie dlatego, że nie mogę odnieść się do wszystkich filmów, jakie weszły na ekrany w ubiegłym roku.
A szkoda, że nie mogę, bo w kinie działo się ostatnio bardzo wiele i to do samego końca grudnia. Wśród filmów, które można by dopisać do moich trzech wyróżnionych należy dodać na pewno:

– nasz towar eksportowy, czyli Zimną wojnę,
– film kameralny w swojej wielkości, czyli Pierwszy człowiek,
– piękny w każdym detalu The Sqare,
– doskonale skrojoną i uszytą Nić widmo,
– definicję komediodramatu, czyli Trzy billboardy za Ebbing, Missouri,
– wielką, włoską imprezę na bogato, czyli film Oni.

Warto też dodać, że rok 2018 jest pierwszym, w którym serwisy streamingowe zaczynają sobie naprawdę śmiało poczynać. Platformy kojarzone dotychczas z serialami stają w szranki z największymi studiami filmowymi świata w walce o prestiżowe nagrody filmowe. Choć sercem jestem przy Pawlikowskim, rozum podpowiada, że to współprodukowana przez Netfliksa Roma może zdobyć Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Nie ukrywam, że już jestem ciekawa, jak będzie wyglądało moje przyszłoroczne podsumowanie. I czy w mojej trójce znajdzie się film, który obejrzałam „w internecie”, bo nigdy nie był wyświetlany w kinach. Pożyjemy, zobaczymy. 😉