Przeklinać albo nie przeklinać – oto jest pytanie

Przeklinać albo nie przeklinać – oto jest pytanie

Jest niedzielny wieczór, temperatura sześć stopni na plusie, ciemno, deszcz wisi w powietrzu. Siedzę w pierwszym rzędzie nowoczesnej sali Centrum Kulturalno-Kongresowego Jordanki w Toruniu i oglądam występy stand-uperów. Stand-uperzy to wdzięczny temat dla kogoś, kto lubi język, dlatego że oni też lubią język. Dzięki niemu zarabiają na chleb, bo przecież komik stojący sam na scenie ma do dyspozycji tylko słowa. No, tak naprawdę, to musi mieć jeszcze kilka asów w rękawie, na przykład charyzmę, zdolności aktorskie i komunikacyjne, ale zawsze najpierw jest kartka papieru i głowa. Tekst, który trzeba spisać, ociosać, by zmieścić się w czasie występu i rozbawić publiczność.

Żarty, które płyną ze sceny są różne, bo sami żartujący są różni i każdy ma swoją grupę odbiorców. Przed moimi oczami stają komicy, którzy specjalizują się w grubych historiach związanych z zawiłościami ludzkiego życia seksualnego, wydolnością ludzkiego jelita grubego i odpornością człowieka na środki odurzające. Jest też abstrakcyjnie myślący Wojtek Fiedorczuk, który buduje komizm na tym, że jego dzieci mówią do niego: „Wojciec”. 😉 Między panami są wyraźne różnice, ale jest też czynnik X, który łączy wszystkie występy – wulgaryzmy. Jedni mają ich mniej, inni więcej, ale mają je wszyscy.

Kiedy Michał Kempa wychodzi na scenę, pozdrawia widownię swoim długim: „nooo witam”. Ma na sobie ubrania, których nie powstydziłby się sam Big Lebowski – wysoko podciągnięte skarpety, znoszone spodenki i koszulę w brązowe liście (tak mi się wydawało, że to były liście). Stylizację wieńczy biała opaska, którą naciągnął na głowę. Nad opaską sterczą mu długie włosy. „Odjebałem się” – oświadcza, zerkając na swój strój i wywołując salwy śmiechu, na które musi zrobić długą pauzę.

Dlaczego wulgaryzmy są nieodłącznym elementem komicznych występów? Odpowiedź tkwi w emocjach. Komik stojący na scenie, może tak naprawdę opowiedzieć nam dowolną historię. Podczas występu wysłuchałam opowieści o córce, której rodziców dyrektor wezwał do szkoły, o skoku ze spadochronem na urodziny, o nieodnalezionym pytonie znad Wisły, o problemach, które napotykają rodzice niemowlaka. Jeśli opowiadający pamięta o kilku zasadach, które służą budowaniu komizmu, może stworzyć żart z każdej sytuacji, wszystko jedno czy będzie to wyjście do sklepu, czy operacja ratująca życie. Trzeba tylko opowiedzieć o tym, co będzie zrozumiałe dla odbiorcy, co cechuje się średnim stopniem ogólności i znajduje w znajomym dla niego kontekście, a potem umiejętnie naruszyć neutralność przekazu. Dodać mu trochę przesady. Gdy widownia zobaczyła pana Kempę, przywitała go śmiechem i brawami, bo był przebrany. Gdyby rzucił okiem na swój strój i powiedział: „śmiesznie się przebrałem”, pewnie większość osób na sali czekałaby ze śmiechem na to, co będzie dalej. Gdyby powiedział: „odpaliłem się”, byłoby już odrobinę zabawniej, ale nadal byłoby to określenie za mało nacechowane. Dopiero: „odjebałem się” tworzy naruszenie, jest nieneutralne i potęguje niekonwencjonalność stroju. Buduje sytuację komiczną.

Żarty opierają się na zaskoczeniu, na puencie, która łamie konwencję, często takiej, która wprowadza emocjonalne zamieszanie, a wulgaryzmy doskonale odzwierciedlają skrajne emocje. Pasują jak ulał do humoru, który balansuje na granicy dobrego smaku. Pytanie tylko, czy nacechowanie stylistyczne wulgaryzmów wystarcza, by je uprawomocnić i uznać za konieczne w jakiejś odmianie języka albo opierać na nich każdy żart?

Odpowiedź językoznawców na to pytanie jest jednoznaczna. Profesor Andrzej Markowski w swojej książce Kultura języka polskiego – Teoria. Zagadnienia leksykalne, zwraca uwagę na dwa typy sytuacji, w których posługujemy się wulgaryzmami. Po pierwsze, wulgaryzmy stanowią przerywniki w wypowiedzi, które użytkownik stosuje wtedy, kiedy przerasta go sytuacja, jest rozdrażniony i chce wypełnić czas, zanim zbierze myśli.

Zdenerwowany Adaś Miałczyński w Dniu świra tak używa wulgarnych uszczelek w toku wypowiedzi:

„Jakby ktoś olbrzymowi golił brodę z drutu. Żesz ja pierdolę, kretyn goli ręcznie trawnik golareczką na kiju, chyba do golenia. Panie, tym chce pan, kurwa, zgolić to wszystko?!”.

Drugą sytuacją jest użycie wulgaryzmów jako alternatywy dla rzeczowników, czasowników i przymiotników. I znów z pomocą przychodzi mi Adaś Miałczyński, który w rozgorączkowaniu nazywa kucie w betonie młotem pneumatycznym NAPIERDALANIEM i JEBANIEM:

„Czy panowie muszą tak napierdalać, od bladego świtu?! Że nie podbijam karty na zakładzie o siódmej rano, to już w waszym robolskim mniemaniu muszę być nierobem?! Już możecie inteligentowi jebać po uszach od brzasku! Żeby se czasem kałamarz nie pospał godzinkę dłużej kapkę od was, skoro zasnął dopiero nad ranem! I żeby się kompletnie spalił w blokach już na starcie! Grunt, że, kurwa, inteligent załatwiony na dzień cały! Wrócicie napierdalać jak siądę do pracy!”.

Analizując powyższe przykłady, możemy zauważyć, że używanie wulgaryzmów może mieć charakter prowokacyjny. W żartach jest chwytem, który nie jest atakiem na odbiorcę, lecz potęguje komizm. Grubymi żartami rządzi przyjęta konwencja, widzowie wiedzą, czego będą słuchać i że mocny język nie służy wszczęciu awantury, poniżeniu ich. Mimo to, wulgaryzmy, których obecność ma odzwierciedlać swobodny słowotok, pozostają wulgaryzmami – niewymierzone w nikogo konkretnego i tak naruszają tabu obyczajowe.

Poza sceną wulgarny język bardzo często odzwierciedla frustrację mówiącego, niesie ze sobą ujemny ładunek emocjonalny, pogardę dla otoczenia i rozmówcy, jest dowodem na jego nieradzenie sobie z emocjami. Widzimy to w słowach filmowego Adasia, który nie może uporać się ze swoim życiem, cierpi na bezsenność i stany depresyjne. Miałczyński jako przykład niespełnionego inteligenta, który rzuca mięsem, reprezentuje pewną niszę. Jest jeszcze inna grupa użytkowników języka, która również przeklina, by dać upust emocjom, ale nie tylko. Są takie osoby, które po prostu nie potrafią mówić inaczej.

Aby to zrozumieć, warto zwrócić uwagę na ogromny zakres znaczeniowy wulgaryzmów. Samo słowo KURWA ma, według Słownika polskich przekleństw i wulgaryzmów, dwadzieścia znaczeń. DUPA dziewięćdziesiąt trzy, a CHUJ czterdzieści osiem. Tak duży wachlarz sposobów użycia tylko jednego wyrazu sprawia, że staje się tak naprawdę pusty. Zauważmy, że na przykład słowo JEBANY, w zależności od sytuacji może być pogardliwym określeniem lub wyrazem uznania dla czyjegoś talentu. Dwa kompletnie przeciwstawne znaczenia tego samego słowa. Jeśli więc ktoś przeklina bardzo dużo, w jednym zdaniu używa kilku wulgaryzmów i nigdy nie zadaje sobie trudu, żeby swoje uczucia wyrażać za pomocą nasyconych treścią, okrojonych znaczeniowo słów języka ogólnego, to świadczy to o jego prymitywizmie. Każde ze znaczeń słowa KURWA czy DUPA, ma swój odpowiednik w języku ogólnym, a nawet kilka wyszukanych, oddających niuanse rzeczywistości odpowiedników. Sztuką jest wyrazić złość, niechęć czy rozczarowanie używając ich (i pokazując tym samym wysoką kulturę osobistą), a nie wylewając z siebie potok bluzgów.

Osoba kulturalna, mająca wysoką świadomość językową, zawsze będzie pamiętała, zwłaszcza w życiu publicznym, o wrażliwości odbiorcy, który jej słucha. Wulgaryzmy to takie zwroty, które, jak wspomniałam powyżej, naruszają tabu obyczajowe. Odnoszą się do czynności fizjologicznych, odbieranych jako intymne. Konotacje, które budzi wulgarne słownictwo mogą być gorszące dla odbiorcy pochodzącego ze środowiska, w którym intymność drugiego człowieka się szanuje i nie nazywa jej w sposób ordynarny. Wielu z Was z pewnością wie, że od dawna trwa dyskusja nad przymiotnikiem ZAJEBISTY, którym określamy rzeczy i sytuacje, które bardzo nam się podobają. Zajebista bluzka, zajebista impreza – nie ma mowy o niczym brzydkim. Niestety, przymiotnik ZAJEBISTY kojarzy się z czasownikiem JEBAĆ i Rada Języka Polskiego jednoznacznie odrzuca wszelkie propozycje zdewulgaryzowania go. Podobna sytuacja ma miejsce z przytoczonym już: „odjebałem się”, dotyczącym stroju, a nie czynności seksualnych.

To właśnie te dwa czynniki – absurdalnie szeroki zakres znaczeniowy, który pauperyzuje polszczyznę i naruszanie przez wulgaryzmy zasady stosowności wyznaczającej normy użycia języka, sprawiają, że omawiane wyrażenia nigdy nie będą uprawomocnione, jako formy służące pogłębianiu komunikacji międzyludzkiej. Nie są błędami językowymi, ale na każdy wulgaryzm przypada kilka alternatywnych określeń, które nawet lepiej pozwalają oddać nasze stany uczuciowe, i to bez ryzyka, że odbiorcy będą krwawić uszy.

A czy można być doskonałym komikiem, który nie przeklina? Można. Znam takiego jednego, który lata temu fenomenalnie opowiadał o swoich dzieciach, żonie, rodzicach. Potem wcielał się w rolę wspaniałego ojca w serialu komediowym Bill Cosby Show. Nie przeklinał, ale jak się okazuje, robił znacznie gorsze rzeczy i dziś nikt go już nie ogląda.

A. Markowski, Kultura języka polskiego – Teoria. Zagadnienia leksykalne, Warszawa 2006, s. 97-99.
M. Grochowski, Słownik polskich przekleństw i wulgaryzmów, Warszawa 1996.