Raport o stanie czytelnictwa w Polsce – moje wrażenia

Raport o stanie czytelnictwa w Polsce – moje wrażenia

Mamy to! A co? Raport o stanie czytelnictwa w Polsce. 🙂 Nie wiem dlaczego się uśmiecham, nie jest on przecież optymistyczny. Może chodzi o to, że nie jest gorzej niż w poprzednich latach? Sytuacja czytelnicza w naszym kraju jest stabilna i wynika z niej, że ponad połowa ludzi, których mijamy codziennie na ulicy, nie tylko nie przeczytała żadnej książki, ale nawet żadnej nie przeglądała i żyje sobie beztrosko poza kulturą pisma. Najwięcej czyta oczywiście uczniów i studentów (cóż, jak mus, to mus), a najmniej osób po sześćdziesiątym roku życia.

old man

Kiedyś bardzo zastanawiały mnie te statystyki dotyczące osób najstarszych i to wcale nie dlatego, że dużą część tej grupy stanowią emeryci, którzy mają przecież najwięcej czasu, więc mogliby dużo czytać. Chodzi o wszystko to, co opowiadali mi kiedyś dziadkowie. I to nie tylko moi. Wszyscy starsi ludzie, których spotykałam na swojej drodze, bardzo chętnie porównywali szkoły, które kończyli w ubiegłym stuleciu do tych, które młodzież kończy dzisiaj. Nasłuchałam się wiele o tym, z jakim szacunkiem kiedyś dzieci traktowały swoich nauczycieli. Niewyobrażalne było, aby nie wstać z ławki kiedy nauczyciel przechodził korytarzem, aby nauczyciela nie słuchać czy broń Boże się z nim nie zgodzić. Wiele słyszałam o wysokim poziomie szkół, również tych zawodowych. O restrykcyjnych regulaminach dotyczących stroju, o tym, że nie wpuszczano na teren szkoły uczniów, którzy zapomnieli przypiąć do ramienia tarczę, a także o dziewczynach, które próbowały przeszmuglować lakier na paznokciach czy cień na powiekach i też nie zostały wpuszczone. Powojenna szkoła była miejscem, w którym uczono patriotyzmu, kultury, szacunku do starszych, do pracy, wychowywano i dużo wymagano. Na tyle dużo, że liceum czy matura nie były dla każdego, jak dzisiaj. Wielokrotnie mówiono mi, że absolwenci ówczesnych szkół byli lepiej przygotowywani do dorosłego życia, że swoich nauczycieli, których postawa i mądrość wpływała na ich dalsze wybory, pamiętają do dziś z imienia i nazwiska. I co się dzieje z tym wielkim wpływem teraz? No cóż, absolwenci tych powojennych szkół, o niebo lepszych niż dzisiejsze fatalne placówki, są grupą, która… czyta najmniej książek w skali kraju.

Czyżby ta edukacja i wychowanie z lepszych czasów poszły na marne? Jeśli spojrzymy na inne statystyki, to też zauważymy, że osoby starsze, eufemistycznie rzecz ujmując, nie dominują w życiu kulturalnym. Są grupą najrzadziej odwiedzającą chociażby kinateatry. Z jednej strony czujemy, że powinniśmy traktować ludzi starszych jak sól tej ziemi – ostatnich świadków II wojny światowej, ofiary systemu komunistycznego, grupę społeczną, której nigdy nie było lekko. Z drugiej strony, ci ludzie, którzy mówią dziś: „za moich czasów było tak, że jak nauczyciel nas pouczał, to nam się zaraz kręgosłupy prostowały”, „za moich czasów to nie było opcji, żeby usiąść do niedzielnego obiadu w nieodprasowanej koszuli”, „za moich czasów książka to była świętość, nikt by na podłodze nie śmiał położyć”, są poza kulturą, poza życiem cyfrowym, czasem są nieporadni społecznie.

Zastanawiając się skąd bierze się ta sytuacja (i pomijając oczywisty powód niekupowania książek, jakim jest dla każdego emeryta comiesięczny fitness portfela w pobliskiej aptece), myślę, że może jest tak, że każde pokolenie będzie mieć na starość swoje problemy i będzie nieobiektywnie, sentymentalnie patrzyć w przeszłość, upiększając ją. Będzie wracać myślami do lat swojej młodości, do rozumianej przez siebie rzeczywistości i czasów, w których nadążało za pędzącym do przodu światem. Dla współczesnych staruszków los był wyjątkowo niełaskawy i trzeba o tym pamiętać. Chodzi nie tylko o dzieciństwo w obliczu bardzo prawdopodobnej śmierci z ręki okupanta, ale też wiele lat życia w zamknięciu, które było wynikiem ustroju komunistycznego. Jego konsekwencją był najpierw społeczny zastój w rozwoju, a potem nagłe zderzenie z nowoczesnym światem po otwarciu granic. Dla kontrastu, polscy Millenialsi żyją sobie od urodzenia (lub prawie od urodzenia) w wolnym kraju i nie pamiętają komuny lub nigdy nie żyli w jej czasach. Pokolenie Z, czyli dzisiejsi nastolatkowie, nie pamięta, że kiedyś między krajami Europy były granice ze szlabanami. Dziecko urodzone na przełomie wieków rozwija się razem z otaczającym je światem w sposób ciągły, nikt nie cenzuruje mu książek, nie faszeruje go propagandą i nie odcina od wiedzy, możliwości podróżowania czy od technologii. Jeśli weźmiemy pod uwagę komunistyczny okres zastoju, w którym przez dziesięciolecia tkwili dzisiejsi seniorzy, to możemy sobie wyobrazić, że transformacja ustrojowa i kapitalizm musiały być szokiem dla wielu z nich. Na szczęście, w tym samym czasie dorastało już kolejne pokolenie młodych ludzi, a wśród byli tacy, którzy złapali wiatr w żagle. Słuchałam kiedyś relacji jednego z dziennikarzy radiowych, który wraz z kolegami założył radio zaraz po pierwszych, częściowo wolnych wyborach. Mówił, że on i jego wspólnicy nie mieli pojęcia jak się robi radio, większość nie była dziennikarzami, ale już można było stworzyć prywatną stację, całkowicie po swojemu – kapitał, pasja, zaangażowanie, pomysł na biznes i brak konkurencji na rynku stały się przepisem na sukces. Kiedy jednak pomyślimy o starszych ludziach, na których w dzieciństwie spadł koszmar wojny, a gdy weszli w dorosłość komuna, to ich nieufność wobec wolnego, ale tak innego i obcego świata wydaje się zrozumiała. Wypełniając szare dni realizacją kartek na mięso i zerkaniem na zegarek, żeby wrócić do domu przed godziną policyjną, nie wyrobili sobie nawyku uczestnictwa w kulturze, od której i tak byli odcięci. Tak zresztą miało pozostać, żeby na ciemny lud łatwiej było wpływać. Do tego należy dodać, że jesteśmy przecież społeczeństwem chłopskim. Analizując drzewo genealogiczne niewielu z nas dokopie się do szlacheckich korzeni (smutna wiadomość – to nie jest prawda, że każde nazwisko kończące się na -ski, -cki, dzki, jest nazwiskiem szlacheckim 😉). Polską inteligencję wybito podczas wojny, trudno mieć więc pretensje, że to właśnie najstarsze pokolenie nie czyta książek.

Stan czytelnictwa w Polsce stabilizuje się i właściwie trudno powiedzieć, czy to, że kiedyś odsetek osób czytających był wyższy oznacza, że czytano więcej, czy po prostu dawniej ludzie wstydzili się przyznać, że nic nie czytają i kłamali w ankiecie. Można przewidywać, że z czasem najmniej aktywna czytelniczo grupa społeczna, czyli osoby powyżej sześćdziesiątego roku życia, również zacznie się zmieniać, bo będzie ją zasilać pokolenie urodzone w powojennym wyżu demograficznym. To będą pierwsi beneficjenci nowego ustroju, ludzie, którzy walczyli z komuną, a potem tworzyli właśnie to pierwsze prywatne radio, stawiali pierwsze szklane wieżowce w stolicy i kupowali pierwsze telefony komórkowe. Oni nie są poza kulturą pisma i na pewno zaczną wpływać na słupki.

A czy poziom czytelnictwa zacznie w ogóle rosnąć? Wiele zależy od promocji czytelnictwa i bogacenia się społeczeństwa. Boję się, że wzrost może nie nastąpić w najbliższej dekadzie. Raport, do którego link podałam na początku tekstu, mówi wyraźnie o tym, że zmienia się nasz sposób spędzania czasu. Chętnie angażujemy w nasze życie technologię. Wielu ludzi oddycha technologią, ktoś nawet powiedział, że nie wchodzimy już do internetu, tylko żyjemy w internecie. Mamy do dyspozycji tak wiele sposobów zapewnienia sobie rozrywki, że książki często z nimi przegrywają. Warto też dodać, że nasze oczytanie nie ma wpływu na nasz wizerunek na rynku pracy, a to sprawia, że sięganie po książki nie przekłada się na wyraźne korzyści materialne. Jeśli więc nie jesteśmy uczniami, a czytamy, to robimy to po prostu z potrzeby obcowania z literaturą. Im tej literatury więcej, im jest lepsza, tym lepiej rozumiemy świat.